Bykowe, wyższe składki czy imigranci nie rozwiążą problemu emerytur

Od wielu lat dostosowujemy się do unijnych norm. Od biedy można przeboleć narzucanie nam rzekomo bardziej ekologicznych żarówek, samochodów czy nawet szczegółowych parametrów wybiegu dla kur. Gorzej, jeśli „normą unijną” jest niski współczynnik dzietności, którego nikt nam nie narzuca. Tutaj dostosowaliśmy się świetnie do wszystkich innych krajów Uniii Europejskiej i wspólnie z nimi zajmujemy miejsce w drugiej setce rankingu, dokładnie miejsce 211 na 224. Kto w tej sytuacji zapracuje na nasze emerytury? Kto utrzyma ZUS? Czy taki pomysł jak tzw. „bykowe” może przyczynić się do rozwiązania problemu?

System repartycyjny (ZUS, I filar) może działać prawidłowo tylko przy założeniu, że na emeryturę jednego starszego człowieka pracuje odpowiednia liczba młodszych. Tymczasem w Polsce na 24 mln ludzi w wieku produkcyjnym mamy zaledwie 16,2 mln pracujących. Utrzymują oni 7,4 mln emerytów i rencistów (z tego emerytury pobiera 5 mln). ZUS-u prognozuje, że za 20 lat emerytów będzie prawie dwa razy więcej, tymczasem ubędzie zdolnych do pracy. W tej sytuacji możemy się spodziewać, że ZUS podwyższy skadki emerytalne. A może także – po raz kolejny – wiek emerytalny. Wysokość (i tak już nieodpowiednie słowo) emerytur znacząco spadnie. Mimo to, są to wszystko rozwiązania na krótką metę. Katastrofa naszej państwowej piramidy emerytalnej jest nieuchronna i zbliża się wielkimi krokami.

Spójrzmy, jak wg prognoz ZUS, będzie się pogarszała nasza sytuacja demograficzna do 2060 roku:

rok
2007
2010
2020
2030
2040
2050
2060
Populacja ogółem (mln)38,1238,0937,8336,7735,0533,0030,61

demografia zus 2060 Bykowe, wyższe składki czy imigranci nie rozwiążą problemu emerytur

źródło: ZUS.pl

Co mogłoby nas uratować?

1. Większa dzietność? Imigranci?

Ratunkiem byłby nagły wzrost liczby urodzeń oraz napływ mas imigrantów w wieku produkcyjnym. To pierwsze musiałoby być spowodowane jakimś cudem.Każda zdrowa kobieta w Polsce musiałaby urodzić minimum troje dzieci, a nie jedno, jak teraz. Polski system wsparcia rodziny nie zachęca do tego. Ogranicza się w dużej mierze tylko do wydłużania urlopu macierzyńskiego lub rodzicielskiego. Podatkowo mamy do czynienia z ulgą na dzieci, której większość niezamożnych Polaków nie ma z czego odliczyć. O braku miejsc w przedszkolach nie trzeba wspominać. Należy natomiast powiedzieć o problemach mieszkaniowych – wielu młodych ludzi po prostu nie stać na opuszczenie rodzinnego gniazda. Widmo 30 lat spłacania wysokiego kredytu za przewartościowane małe mieszkanie skutecznie neutralizuje popęd do rozmnażania.

Drugie rozwiązanie niosłoby więcej problemów niż korzyści. Przypomnijmy. że za Zachodzie imigranci z trzeciego świata rozmnażają się na potęgę, ale spory ich odsetek jest klientelą systemów opieki społecznnej. Zresztą, tak hojnego”socjalu” u nas nie ma. Więc co miałoby te masy imigrantów przyciągać? Nie mamy co liczyć na inny rodzaj imigracji – z krajów ościennych, jak Ukraina czy Białoruś. Jeśli już, tamtejsi obywatele chętniej wybiorą pobliskie Niemcy.

2. Wyższe składki? Bykowe?

Zwiększenie składek na ubezpieczenia społeczne przedłużyłoby tylko agonię systemu o kilka-kilkanaście lat. Ostanio wiceminister finansów zaproponowała zwiększenie składki ZUS dla bezdzietnych obywateli, czyli w istocie rodzaj podatku zwanego „bykowym”. Byłby to raczej skrajny przykład wymuszonego solidaryzmu społecznego – karanie obywatela za nieposiadanie potomstwa? Z badań wynika, że aż 26% Polaków nie ma stałych partnerów. Co roku przybywa ludzi, którzy nie są skorzy do małżeństwa i dzieci, zwłaszcza wśród osób po trzydziestce. CBOS podaje, że aż 40% singli świadomie rezygnuje z małżeństwa w obawie przed problemami w rozwoju kariery zawodowej oraz kłopotami materialnymi. Czy ci ludzie pozwolą się łupić Państwu, czy uciekną na emigrację, byle dalej od ZUS? Bo przecież wyższy podatek nie skłoni ich do posiadania dzieci.

Wnioski

Rządzący będą musieli się bardziej wysilić w poszukiwaniu dróg ratunki dla systemu repartycyjnego, jeśli jeszcze łudzą się, że można go utrzymać. Inna sprawa, że realnego, zdrowego ekonomicznie rozwiązania nie można tutaj ad hoc wymyślić. Poza radykalną zmianą systemu. Pozwólmy zatem, aby to był wyłącznie ich problem, a sami skoncentrujmy się na indywidualnym oszczędzaniu na emeryturę.

COE, bankier.pl, zus.pl